| Podróżniczy savoir-vivre |
|
|
| Wpisany przez Piotr 'Dziq' Stolarczyk | ||||||
| Poniedziałek, 14 Wrzesień 2009 19:43 | ||||||
|
Tak samo jak nie wypada wchodzić do czyjegoś domu nie zaproszonym, a przy pierwszym spotkaniu należy uścisnąć sobie dłonie, tak w podróży warto wiedzieć co wypada zrobić, a czego nie. Zwłaszcza, że tu ryzykujemy coś więcej, niż zostanie uznanym za prostaka.
Istnieje pewna dość dobrze zakorzeniona tradycja, kod postępowania podczas spotkań na szlaku w wielu rejonach traktowany jak niepisane prawo. Wywodzi się ze zwyczajów wędrownych handlarzy i przewodników karawan, a sprowadza się do kilku zasad, jakimi powinien kierować się obyty podróżnik. Wszystko układa się w – jak nazywają to niektórzy - "rytuał spotkania". To silniejszy dyktuje warunki, załóżmy więc, że w czasie podróży napotykamy inną grupę, liczniejszą i lepiej uzbrojoną niż nasza. Co robić? Przede wszystkim – przedstawić się. Zwyczajowo na czoło każdej z grup wychodzi jedna osoba, której celem jest nawiązanie kontaktu, zrobienie dobrego wrażenia i wybadanie zamiarów potencjalnego przeciwnika. To jest moment kluczowy. Ta minuta, dwie kiedy wymieniamy się informacjami i uprzejmościami, mówimy kim jesteśmy, skąd wyruszyliśmy, dokąd zmierzamy – decyduje o wszystkim. Jeżeli obie historie zabrzmią prawdopodobnie, będzie można przejść do następnego punktu zapoznawczego "rytuału". Jeżeli nie – najlepiej znaleźć jakiś pretekst do jak najszybszego oddalenia się. Wstępna rozmowa potrafi trwać długo. Zwłaszcza starsi kupcy mają tendencję do wypytywania o wszystko: bezpieczeństwo na szlaku, innych podróżnych, starych znajomych z miejscowości które – jak twierdzimy – mijaliśmy. Prędzej czy później temat się wyczerpie i przyjdzie czas na punkt drugi – handel. Ma to raczej charakter symboliczny, z reguły ogranicza się do wymiany drobnych przedmiotów. Czasem zdarzają się też większe transakcje, ale przehandlowanie butelki bimbru za kilka sztuk amunicji wystarczy, aby tradycji stało się zadość. Nie zysk jest tu bowiem najważniejszy. Pokazując, co mamy przy sobie demonstrujemy, że nie mamy nic do ukrycia, a przeglądając czyjeś toboły możemy sprawdzić, czy tak jest również w przypadku "tych drugich". Wreszcie przychodzi czas na pożegnanie. W najprostszym przypadku kończy się na życzeniu sobie nawzajem powodzenia. Jeżeli idziemy w tym samym kierunku, naturalne byłoby kontynuowanie podróży wspólnie. Jeżeli taka propozycja nie pada, może to znaczyć, że nie zdobyliśmy wystarczającego zaufania i najlepiej będzie podążać dalej okrężną drogą tak, aby się więcej nie spotkać. A jeżeli to spotkamy grupę zauważalnie słabszą od naszej? Wtedy to my dyktujemy warunki i w zasadzie możemy zrobić co nam się żywnie podoba – odbębnić zapoznawczy rytuał, albo kazać napotkanym wędrowcom iść do diabła. Należy jednak pamiętać, że – o ile ktoś poza nami wyjdzie z tego spotkania żywy – postępowanie zgodnie z tradycją po prostu się opłaca. Nigdy przecież nie możemy być pewni z kim tak naprawdę mamy do czynienia. Lekceważący ton, czy zwykłe słowne docinki potrafią czasem skończyć się strzelaniną, albo pojedynkiem na noże. Nawet jeżeli jakaś grupka dziś pozwoli się z siebie naśmiewać, jutro może narobić nam złej sławy we wszystkich okolicznych osadach. Oczywiście, nikt nie oczekuje przesadnej życzliwości, ale odnoszenie się do napotkanych ludzi z szacunkiem to wymóg rozsądku. Inaczej postępować po prostu nie warto.
Powered by !JoomlaComment 3.26
3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved." |